piątek, 16 września 2011

Od czegoś trzeba zacząć...

W swoim życiu zakładałam tyle blogów. Każdy był zupełnie inny od następnego, ale jedna wspólna rzecz dla nich wszystkich jest fakt że najgorzej jest zacząć. Jest tyle rzeczy, o których bym chciała napisać teraz, w tej chwili, a jednak tak się przecież nie da...
Postanowiłam więc zacząć od tego jak to się stało że trafiłam na swoją kochaną królinkę. A było to tak...Już od dłuższego czasu czułam w sobie wielką pustkę i potrzebę jej zapełnienia. Próbowałam różnych sposobów żeby to osiągnąć, ale bez skutku. W końcu stwierdziłam po wielu przemyśleniach,że najlepszym rozwiązaniem będzie opieka nad zwierzętami i nie myliłam się. Od tego czasu miałam już szynszylę i królika, którego jakiś czas temu straciłam. Czułam się wtedy naprawdę źle, jakbym straciła kogoś lub coś naprawdę w życiu ważnego. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Dlatego z ciężkim sercem postanowiłam zdecydować się na kolejnego królika w domu.
Tak więc obeszłam wszystkie sklepy zoologiczne w mieście i spotkałam tylko jednego królika: sporego jak na miniaturkę, niczym nie wyróżniającego się, bo w kolorze burym, jak dziki zając. Prawie tego królika nie zauważyłam, gdyż pomijając wygląd, stał w oddzielnej maleńkiej klatce gdzieś zupełnie z boku. Jednak postanowiłam zatrzymać się i poobserwować tego zwierzaka. Akurat przechodziła obok mnie sklepowa więc zapytałam czy mogę włożyć chociaż palca w kratkę. Jakie zdziwienie mnie ogarnęło gdy ta króliczka (bo dowiedziałam się że to jednak jest ona) zaczęła lizać moje palce jak szalona. Gdy próbowałam wyjąć rękę, ona próbowała jeszcze cokolwiek ogarnąć swoim miękkim, milutkim i ciepłym języczkiem w locie. Gdy wróciłam do domu, próbowałam sobie wszystko przeanalizować. Plan miałam taki żeby wziąć tak dla odmiany małego, rudego króliczka płci żeńskiej. Jednak ta spotkana w sklepie nie dawała mi spokoju. Tym bardziej że dowiedziałam się jeszcze, że już od ponad miesiąca jest u nich bo nikt nie chce jej kupić. Dlatego obniżono nawet o połowę jej cenę.
Ostatecznie podjęłam decyzję, że przygarnę tą królinkę, jeśli znów tak uroczo mnie przywita. I faktycznie tak było. Bez słowa namysłu dopadła moje palce i zawzięcie je lizała. Wtedy już nie miałam najmniejszych wątpliwości. Muszę powiedzieć że z biegiem czasu nie żałuję tej decyzji. Jest naprawdę kochana. Pomijając zamiłowania do gryzienia kabli jest królikiem idealnym. Mogę ją nosić i trzymać na rękach, nawet brzuchem do góry. Czesanie jest bezproblemowe a nawet sprawia jej radość. Nawet wet był pod wrażeniem jej zachowania w czasie wizyty na podcięcie pazurków. Powiedział że musi być naprawdę oswojona skoro na tak wiele pozwala, ale zdziwił się jeszcze bardziej jak mu powiedziałam ile czasu jesteśmy razem.
Naprawdę mogłabym się rozpisywać nad tym jakie szczęście mnie spotkało jeszcze przez długi czas ale chyba lepiej będzie jak zostawię trochę tego na następne posty...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz